W towarzystwie movie star. W królestwie Kopi Luwak



Wspaniały dzień!


Nie wiem. 
Po prostu nie wiem od czego dzisiaj zacząć! To był wspaniały dzień!!! 

Zaczęło się zgoła niewinnie… ot leniwy spacer ulicami kulturalnej stolicy Javy – Yogyakarty. Pierwsze wrażenie mocno neutralne. Lekko ospała daję się prowadzić A. w oczekiwaniu aż wydarzy się coś co mnie wybudzi. Obowiązkowa przejażdżka rikszą sprowadza uśmiech na twarzy mijanych lokalsów. Jedziemy wolniutko i jest tak ciasno, że muszę siedzieć A. na kolanach. Jak przystało na białasów mamy frajdę i pstrykamy fotki :)












z naszym rikszarzem ;)

miszcz kierownicy


A: Spacer odbywał się słynną ulicą Malioboro. Ulica zasiana samymi sklepikami z koszulkami i ciuszkami i milionami pierdółek. Co w niej specjalnego ? Nie wiem, nic ciekawego nie zauważyliśmy ale też na zakupy nie przyjechaliśmy. 

I: Dziwna rzeźba przykuwa nasz wzrok…




Masz bardzo przystojnego męża...


Spotykamy ogrodnika, który jest pod wrażeniem urody A. Po raz pierwszy to JA słyszę tekst: 

„Jesteś szczęściarą, masz bardzo przystojnego męża. Jest taki wysoki. Wygląda jak gwiazda filmowa”. 

Taaak. Jestem niepocieszona. Chyba muszę pomyśleć o zmianie stroju :)


A: Komplementy, zdjęcia, uśmiechy, moja szara codzienność w Azji... 

Kultura musi być


I: Za radą ogrodnika omijamy turystyczne miejscówki i idziemy do lokalnego centrum sztuki Batik Art Center. Poznajemy tajniki tworzenia obrazów.




Pierwsze skojarzenie z techniką tworzenia obrazu to… nasze polskie pisanki. Czy wydmuszki? Jajka oblane woskiem, z wyrytym wzorkiem, zanurzone w farbce. Rzecz dosyć żmudna acz efekty przepiękne. Tym bardziej widoczne im większy rozmiar obrazu, niestety. 

Postanowiliśmy zaszaleć i zakupić jeden obraz do naszego nie istniejącego mieszkania :) Motyw? Konie oczywiście! Niestety zdjęcia nie zrobiłam a teraz jest już pięknie zapakowany w małą paczuszkę. Może wyślemy pocztą do domu.

A: Batik Art Center jest lokalnym sklepem ze sztuką batik, normalnie turyści kupują na ulicy Malioboro za dolary lub wielokrotność ceny. Za podobny obrazek tego samego autora jeden chytrusek chciał od nas prawie 3x więcej. 




Albinos vis. ratlerek


W drodze na Targ ptaków spotykamy niespotykany absurd. 
Małpa albinos i ratlerek zaciekle walczące ze sobą przez pręty klatek, w których siedzą! Serio?! 
Takie rzeczy tylko w Azji!



Niezwykłemu duetowi towarzyszyły papugi. 








Wszystko to na chodniku przy ulicy. Przed sklepem meblowym. 

A: Ogólnie w wielu miejscach przed sklepem ludzie mają klatki a w nich różne ptaszki. A zbiornik wodny bez jakieś rybki nie istnieje. 

Ptasi market.


I: Wciąż zszokowani małpą albionosem i gryzącym ją po łapach ratlerkiem docieramy na Targ Ptaków. Nazwa myląca bo poza bezdusznie upchniętymi w klatkach ptakami można tam znaleźć m. in. psy, koty, chomiki, króliki, węże, żółwie, skorpiony… 













Znaleźliśmy też kolorowe jak wizja po transie kurczaczki. Nie wiem o co w tym chodzi...




Widzieliśmy węża w trakcie (!!!) połykania królika! Masakra!!! 
Nie byłam w stanie zrobić zdjęcia. Coś strasznego. Animal i Discovery mogą się schować.

A: Ogólnie super miejsce ! Ciekawostka co do Jogurtu jest taka, że z centrum w stronę Bird Market droga opada i riksze są tańsze (20k), z powrotem jest pod górę więc trzeba się sporo napedałować i cena jest wyższa (30k).

Kupa + kawa = Kopi Luwak. Czyli Iga w raju :)


I: I w końcu! Spotkanie, które na długo pozostanie w mojej pamięci. 
Zaczepił nas właściciel jednego ze sklepów ze zwierzętami. 
Od słowa do słowa i już siedzieliśmy na skuterkach w drodze do królestwa Kopi Luwak!!! 




Moje marzenie niespodziewanie jak strzał z procy, właśnie się spełniało. Nasz (nie) znajomy od dwóch pokoleń zajmuje się wytwarzaniem najdroższej kawy na świecie. 

Rozumiecie, jaka to gratka dla amatora kawosza :))) Nie byłam (jeszcze) na samej plantacji kawy, która znajduję się na zboczach góry, ale w domu, gdzie trzymają kilka cywet, suszą ich kupki, palą ziarna i oczywiście sprzedają bogatszej części świata.  

Nie będę Was tu teraz zamęczała szczegółami procesu powstawania takiej kawy, w mega skrócie wygląda to tak, że:
cyweta zjada owoce kawy, wydala je, kupka jest zbierana, suszona, oczyszczona i z otrzymanych ziaren wypalana się kawę dla szaleńców, którzy za unikalny smak (zawdzięczany procesowi fermentacji kawy w żołądkach cywet) są skłonni nie mało zapłacić. 

Ja dostałam filiżankę napoju za friko. Plus próbki ziaren w poszczególnych fazach obróbki, z suchą kupką włącznie :) Chociaż cena 45 dolarów za paczkę jest śmiesznie niska z porównaniu z tym, ile musiałabym zapłacić za ziarna w Polsce, nie stać nas na taki wydatek.

suszona kupka cywet

i jeszcze więcej pupu\

cyweta jest przekochana, taka kociołasiczka





jedzą kawę, banany i piją mleczko! Żyć nie umierać, eh cywetą być!








w tej maszynerii wypalane są ziarna kawy. oldschool

W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o rodzinną pracownię sztuki batik naszego znajomego. Poza obrazami wykonują tą techniką również tradycyjne okrycie (zarówno dla kobiet jak i mężczyzn) – sarong. 
Co ciekawe, wykształcenie artystyczne nie kłóci się tutaj z prowadzeniem biznezu :) 
Zawrotna cena sarongu 750 k pozwala mi jedynie na zrobienie zdjęcia. 

Ale za to nauczyłam się jak zawijać sarong! Tada!




TO BYŁ MEGA UDANY DZIEŃ ! ! !

PS. dodaliśmy na blogu taką pierdółkę jak subskrypcję bloga. Chcecie dostawać na bieżąco maila z nowym postem -> kliknijcie po prawej stronie, pod archiwum, o tutaj:

Chociaż i tak najlepiej polubić i śledzić Lymkya na fejsbuku :) 



Pozdrawiamy!
I & A

12.12.13

12 komentarzy:

  1. dziecko, no to faktycznie był niezwykle udany dzień ale swoja droga programy/czasopisma geograficzno-podróżnicze powinny bezwzglednie zaproponować Wam etat... światnie piszecie. czytam ogladajac zdjecia i prawie tam z wami jestem ..., pozdrawiam, acha dziecko - nie słuchaj Azjatów - mamusia jak to lustereczko Śniezki zawsze Ci powie, że to ty w tym duecie jesteś najpiekniejsza.
    A. ma inne zadania do wypełnienia i jak wieść niesie wywiazuje sie z nich całkiem dobrze (chyba, że cie na bezdroża samotrzeć ciąga...)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nasz główny czytelnik odbiorca jak się rozpisał ładnie :) dzięki, dzięki mamiszonek

      Usuń
  2. Faktycznie Wasz blog czyta się jak najlepszą książkę podróżniczą z wypiekami na twarzy :) A fragment o robieniu kawy...po prostu bomba,tak trzymać!

    OdpowiedzUsuń
  3. relacja, jak zwykle, świetna, ALE! kto wygrał??? małpa czy ratlerek? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. małpa ewidentnie miała skłonności masochistyczne, wkładała łapska prosto między pręty żeby ratlerek ją po nich kąsał... po czym zdzieliła go łapą w łeb i tak w kółko. Obstawiam remis chociaż kto wie, może papugi się włączyły do akcji? ;)

      Usuń
  4. świetne to wszystko!! w sarongu wyglądasz extra! ściskam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki mała :) jak zarobię dolce w AU to się może dorobię takiego :)

      Usuń
  5. Bez wątpienia, to Iguś jest tą piękną, a Artur tylko wysoki. Nie dosyć, ,że piękna, to jeszcze i pięknie pisze, aż chce się czytać i czytać i czytać. Pa, całuski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. haha dziękuję za komplement. Niestety w świecie niskich muzułmanów w kolorze brązu wziąć pozostaję w cieniu eh... :) a piszą oboje tylko jedno czasem potrzebuję kopniaka na zachętę :) pozdrawiamy!

      Usuń